Menu

Duchy wiatru Mons Kallentofft

Październik 4, 2016 - Książki
Duchy wiatru Mons Kallentofft

Duchy Wiatru

Mons Kallentofft

Siódma część cyklu powieści o komisarz Malin Fors a zarazem pierwsza część serii poświęconej, tym razem, żywiołom. Dla krótkiego przypomnienia wcześniejsze historie dotyczyły pór roku.

W szwedzkim Linkoepigu spotykamy się ponownie z losami dość kontrowersyjnej policjantki śledczej. Wydarzenia, które zmuszają lokalną policję do wszczęcia śledztwa rozpoczynają się w domu opieki, gdzie notorycznie dochodzi do łamania podstawowych praw pensjonariuszy (głównie godności). Sposób w jaki są traktowani jest niewątpliwie bardzo daleki od  minimalnych standardów. We wspomnianym miejscu pracuje córka komisarz prowadzącej śledztwo – Tove. Młoda dziewczyna od początku do końca została mocno osadzona w całej fabule książki, gdyż nie dość, że jest córką, to łączyła ją swego rodzaju przyjaźń z zamordowanym człowiekiem.  Po tych tragicznych zdarzeniach w Tove bardzo wiele się zmienia (przechodzi ogromną wewnętrzną przemianę).  Prawdopodobnie, to właśnie specyfika wakacyjnej pracy zmienia diametralnie jej punkt widzenia, co niejednokrotnie przyczynia się do licznych spięć z matką, która przedstawia zgoła odmienne zdanie. Dziewczyna zauważa, jak kruche jest ludzkie życie, i jak wiele jest warte. Co trzeba przyznać to, to że Malin jest matką pełną dystansu. Dystans (w sumie względem wszystkiego) jest niewątpliwie jedną z najbardziej uwypuklonych cech charakteru głównej bohaterki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to bardzo zwykłe, naturalne. Powstaje wrażenie, że ona taka po prostu jest, ale z każdym zaczynam przekonywać się coraz bardziej, iż jest to raczej mylne. Zachowanie Fors przekonuje mnie coraz bardziej o tym, że jej postępowanie, to swego rodzaju obrona – tarcza – przed wszelkimi rozczarowaniami ze strony swoich byłych partnerów, rodziców, także córki, ale i ogólnie społeczeństwa. Nie dopuszcza do siebie ludzi, nie daje im się do siebie zbliżyć. Złe doświadczenia (w dużej mierze miłosne) potęgują w niej tylko niechęć do mężczyzn i pociąg do alkoholu. Tym razem dzielnie walczy z nałogiem, co jej w sumie wychodzi. Panuje nad nim, jednak wie, że ta chęć już nigdy w niej nie zginie. Nigdy jej nie opuści, nie da o sobie zapomnieć. Tkwi w niej jak drzazga, której nigdy nie będzie w stanie wyciągnąć. Tylko silna wola może ją przed nim uchronić, nic poza tym.

Malin Fors tym razem musi odnaleźć zabójcę pewnego starszego pana. W kręgu podejrzanych znajdą się: najbliżsi, w dużej mierze ze względu na to, że staruszek posiadał dość pokaźną sumę pieniędzy na koncie, a oni sami niemałe problemy finansowe, właściciel ośrodka Meriapi (sieci ośrodków dla ludzi starszych) i jeszcze kilka innych osób. Zadanie jak zwykle nie będzie łatwe. Komisarz Fors będzie musiała zdać się a swoje doświadczenie, wsłuchać się w głosy śledztwa, co jej bardzo dobrze wychodzi.

W książce zostaje poruszony bardzo ważny problem warunków panujących w prywatnych ośrodkach. Zaniedbani pensjonariusze, poniżenie, przemęczony personel, wyzysk, a to właściwie dopiero czubek góry lodowej. Pisarz ukazuje, czym jest zwykły człowiek względem tak ogromnych instytucji. Skoro ludzie  są wstanie tak traktować innych ludzi, to do czego to wszystko zmierza? Czy nasze zachowania – często nastawione wyłącznie na zyski – może być lepsze od zachowania zwierząt, które kierują się wyłącznie instynktem i wolą zaspokojenia najistotniejszych potrzeb? Co jesteśmy tak naprawdę warci? Książka jest pełna różnych przemyśleń dot. tej kwestii i niejednokrotnie skłania do wielu refleksji.

Ze praw bardziej przyziemnych, to w książce bardzo rzuca się w oczy samotność głównej bohaterki (ja niemal czułam ją w sobie). Odniosłam wrażenie, że kobieta aż krzyczy (choć oczywiście nie otwarcie) o jakąś bratnią duszę, czułość i bliskość drugiego człowieka – mężczyzny. Pokazane jest to z dwóch perspektyw, jak sobie niejednokrotnie z tym radzi, lecz i jak ponosi momentami klęskę. Akceptuje w pewnym stopniu istniejący stan rzeczy, ale jej serce wydaje się być coraz bardziej samotne. Zaczyna szukać kontaktu z pewnym, jakże dobrze jej znajomym, mężczyzną. Najpierw fizycznego, ale czy tylko? W głębi serca, choć sama do siebie nie dopuszcza tej myśli, potrzebuje miłości. W sumie, kto z nas jej nie potrzebuje? Nieudane małżeństwo, przygodne spotkania z facetem z lokalnej gazety i zdrada ukochanego przyczyniają się do tego, że Fos traci wiarę w miłość. Wydaje mi się, że patrząc z jej perspektywy, może się to wydawać to całkiem słuszne, ciężko jednak jednoznacznie stwierdzić, jak właściwie być powinno.  Malin zawsze wszystkich odtrąca, nie daje im zbliżyć się zbytnio. Wszystko jednak wskazuje na to, że może przyszedł czas na coś więcej. Tego nie dowiemy się niestety w tym tomie. Kto wie może w następnym. Wierzę bardzo w powodzenie tej misji :).

Kallentofft ma specyficzny sposób pisania, ja akurat bardzo go sobie cenię i lubię – zawsze z wielką chęcią sięgam po kolejne książki. Nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po Ziemną burzę. Muszę się przyznać, że nie od początku tak było. Po przeczytaniu pierwszej książki, którą polecił mi sprzedawca w empiku (kupiłam wtedy nawet dwie: Ofiara w środku zimy i Jesienna sonat), byłam z tego co pamiętam delikatnie zawiedzona. Temat był interesujący, ale właśnie ten specyficzny charakter pisania i opisy tego, co myślą zwłoki, wydawały mi się dość odrażające. Czemu zatem czytałam dalej? Bo miałam drugą książkę, a to co kupię, to lubię przeczytać :), no i jeszcze jedno moje skrzywienie, to że lubię czytać książki po kolei zmusiło mnie do zakupu Śmierci letnią porą. Dalsze przygody Malin Fors zaciekawiły mnie dużo bardziej. Styl już nie wydawał się taki drętwy i oswoiłam się z przedstawianymi przeżyciami zmarłych i takim oto sposobem zaczęłam sięgać po „coraz więcej”. Z każdą książką moja sympatia do autora i głównej postaci (choć chyba wcale niezbyt przyjemnej) rosła coraz bardziej. Było mi nawet ciężko z tych książek się przestawić na inne (to one wydawały mi się jakieś dziwne). Dziś jest to już dla mnie jak klasyk, a autor z każdą porą roku rozkręcał się coraz bardziej. Wydaje mi się, że Kallentoffta(w sensie jego książi :)) albo się kocha, albo się nienawidzi.

Duchy wiatru czytało się niezwykle przyjemnie, ale wydaje mi się, że tym razem było zdecydowanie mniej (jak dla mnie dużo za mało) odczuć bohaterki, głównie głosów i szeptów naprowadzających ją na właściwy tor śledztwa, bo właśnie to z poprzednich części bardzo zapada w pamięci. Tego  mi właśnie, powiem szczerze, trochę brakowało. Mimo to książkę można uznać za wybitną kompozycję. Z Malin Fors nie sposób się nudzić!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: